To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
Donosik

W sobotę daliśmy się porwać czasowi karnawału i wybyliśmy z domu - w gościnne progi innego domu. Świetnieśmy się bawili, jedząc, pijąc, paląc lulki i degustując alkohole. Dość rzec, że niektórzy z nas - ze szczególnym uwzględnieniem panów - nie grzeszyli dziś kondycją psycho-fizyczną. Mój prywatny małżonek również przebywał od rana w odmiennych stanach świadomości, z bólami migrenowymi i suszeniem w roli głównej. Przez całe przedpołudnie baaaaardzo męczył się życiem. Po południu, kiedy już poczuł się na siłach, postanowił wykonać zwyczajowy coweekendowy telefon do swojej mamy. Opowiadał jej o tym i owym, z rozmysłem POMIJAJĄC wczorajszych „epizodzik”. Bo w końcu po co babcię-staruszkę denerwować… Nie od dziś jednak wiadomo, że co ma wisieć nie utonie, a na dzieci zawsze można liczyć. Oto bowiem Julka, która wprost uwielbia rozmawiać z babcią, przejęła słuchawkę i rozpoczęła snucie babcino-wnuczkowych przekomarzań.
W pewnym momencie dały się słyszeć strzępy rozmowy:
- Nie, babciu, nie mogę do ciebie przyjechać… Statek już odpłynął z portu… Samolot, którym przyleciał tata też już odleciał… Nie, samochodem też nie mogę, bo mój tata wczoraj pił z jednym panem jakiś napój i nie może dzisiaj jechać samochodem, bo go głowa boli i źle się czuje…

Omal nie zakrztusiłam się w kuchni ze śmiechu - szczególnie że chwilę wcześniej obiecałam pierwszemu mężowi, że nie poruszę drażliwego tematu z rozmowie z babcią.
Julka była szybsza, ale w końcu ona niczego nie obiecywała!

20:35, oszin13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2012
Michałki

Oglądam ostatnio w miarę namiętnie „Filary Ziemi” - taki tam serial o dwunastowiecznej Anglii, w sumie nawet wciągający. I dozwolony od 12 lat, co nie jest bez znaczenia dla dzieciatych rodziców. Siedzę więc sobie w środowy wieczór przed telewizorem, dziewczynki (rozczarowane, że nie mogą przełączyć na kanał z bajkami) tkwią na kanapie obok i wspólnie oglądamy. Nagle na ekranie pan MOCNO wtula się w biust pani.
- Zobacz co on robi z jej cyckami! - zbulwersowana Zuzka zwraca się do Oliwki. - FUUUJ!
- FUUUJ! - powtarza machinalnie Ola, ale po chwili mówi rozmarzona - Faaajnieeee….

Bo Oliwka nie od dziś znana jest z wielkiej admiracji dla kobiecych biustów, a maminego w szczególności ;)

*  *  *

Wracamy z Zuzką ze szkoły i dyskutujemy.
- Zjadłaś lunch, który ci przygotowałam do szkoły? - pytam, mając cichutką nadzieję, że zostało jej choć jedno ptasie mleczko (mniam!), jakie dostała na słodki deser do podziału wśród koleżanek.
- Tak - odpowiada Zuza - Zostały mi tylko dwa winogrona, ale nie mogłam ich już zmieścić w brzuchu.
- Jak to winogrona? Przecież ja nie dawałam ci winogron tylko ptasie mleczko!
- No tak, ale Wiktoria przyniosła winogrona na deser i nie chciała ich zjeść. Dała więc mnie.
- Czyli zamiast zdrowych winogron Wiktoria pożarła słodkie ptasie mleczko? Jej mama nie byłaby zachwycona. Niezła zamiana!
- Ależ nie! To nie była zamiana, bo ona wcale nie chciała mleczka za te winogrona!
Przyznam, że nieco się pogubiłam…
- Czyli zjadła ptasie mleczko czy nie?
- Zjadła - odpowiedziała Zuzka - ale za darmo!

Widać słodkości jedzone za darmo są mniej słodkie. Ciekawe co na to dentyści…

*  *  *

Podczas tego samego powrotu ze szkoły Zuzka zerknęła pod Julkowy wózek i dostrzegła reklamówkę.
- Mamo, co kupiłaś? - zapytała.
- Mleko - odparłam.
Parę metrów później - deja vu.
- Mamo, co kupiłaś?
- Mleko - odparłam ponownie. - Pytałaś już o to. Po co zadajesz pytania skoro nie słuchasz odpowiedzi?
- A bo zapomniałam, że już pytałam!

Niby logiczne, więc czego się czepiam?

22:54, oszin13
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 stycznia 2012
Stan na dziś

Stan na dziś jest następujący - Zuza i Mati w szkole, Oliwka z ciemnymi plackami po bańkach w domu, Julka, teoretycznie zdrowa, teatralnie odmówiła rano pójścia do przedszkola („skoro Oliwka zostaje…”). Mama - zakatarzona, ale jakoś się trzyma w jednej kupie, choć bez węchu i smaku niełatwo gotować. Trudno, może się nie potrują…
Ogólnie mówiąc siedzimy w domu, popijamy syropki, konserwujemy się „Panem Smrodkiem” etc. A za oknami zimno i pada - dobrze że nie musimy wystawiać zakatarzonych nosów za drzwi :)

*  *  *

Oliwka nie pojawiła się wczoraj w szkole, co nie tylko nie umknęło uwadze Reghana, ale też bardzo go zaniepokoiło. Jak doniosła mi jego mama za pośrednictwem Facebooka, zaraz po lekcjach Reghan zamierzał wpaść do nas i na własne oczy sprawdzić kondycję przyjaciółki. Mama go jednak wyłapała na wysokości drzwi wyjściowych i został ostatecznie w domu. Ale w końcu dobre chęci też się liczą. Skomentowałam tę informację pisząc, że Reghan zachował się jak na prawdziwego Oliwkowego chłopaka przystało.
- Mamo!!! Dlaczego nazwałaś Reghana moim chłopakiem?! - wrzasnęła mi do ucha Ola, podglądając moje Facebookowe wpisy.
- Napisałam „boyfriend”, czyli przyjaciel - próbowałam się bronić, dzielnie bez wiary w powodzenie.
- Rozumiem - odparła Oliwka - Ale nie rozumiem dlaczego ogłaszasz to na Facebooku?!

Ups, chyba naruszyłam prywatność mojej córki. Muszę na przyszłość bardziej uważać…

16:40, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 stycznia 2012
Klęska żywiołowa!

Nas ojciec rodziny nie mógł wyjść dziś rano z podziwu - miast witającej go roześmianej gromadki, w salonie zastał jedynie rozespaną Julkę, opatuloną w koc. I nie było kogo odwozić do szkoły!
Mamy bowiem w domu istną epidemię przeziębień. Dzieciaki leżą pokotem, przechodząc kolejne stadia kataru i zanosząc się kaszlem. W kuchni zorganizowałam stanowisko wydawania leków, do którego ustawiają się cyklicznie kolejki, z Julką-lekomanką na czele. W domu unosi się zapach syropu z cebuli i „Pana smrodka” czyli Vaporuba, którym smaruję wszystkich chętnych i niechętnych obficie. Dziś rano do grona zdrowych inaczej dołączyła (dość opornie) Oliwka.
- Masz prawie 38 stopni, zostajesz w domu - oznajmiłam wyjmując spod jej pachy termometr.
- Jak to?! Ja chcę iść do szkoły! - oburzyła się Oliwka. - A moje ONE HUNDRED PERCENT ATTENDANCE?!!!
- Niestety, nic na to nie poradzę, stuprocentowa obecność w szkole nie jest najważniejsza - odparłam bezlitośnie.
- Ech, może chociaż bańki dostanę… - westchnęła Ola, po czym opadła z powrotem na poduszki i z bezsilności dla okrucieństwa losu, ponownie zasnęła.

Chorujemy zatem, i to wspólnie, bo i mnie samej nie ominęły przyjemności zatkanego nosa i duszącego kaszlu. Wczoraj wieczorem moje zwłoki, w stanie co najmniej podgorączkowym, opatuliły dzieciaki kołdrami, odfajkowały kolejny rozdział „Eragona” na dobranoc, wyekspediowały męża do pracy, wreszcie same zawędrowały do łóżka, w którym zasnęły jeszcze zanim głowa dotknęła poduszki. A dziś od rana: Medice, cura te ipsum, w związku z czym także łykam pigułki i kosztuję niesmacznych syropków, jakimi katuję dzieciska od jakiegoś czasu.

Dobrze, że chociaż nasi mężczyźni jakoś się trzymają (będzie komu skoczyć do sklepu). Ojciec świeżo po urlopie, wypoczęty i wymrożony przez polską zimę. Tutik dochodzi jeszcze do siebie po zeszłotygodniowej chorobie, ale wrócił już do szkoły i teraz z zazdrością patrzy na siostry, które mogą „zostać sobie w domu, szczęściary”.

*  *  *

Nasz mąż i ojciec wrócił był - jako się rzekło - na rodziny łono. Wytęsknione dzieciaki gromadnie rzuciły mu się na szyję, żona z miejsca wstawiła obiad, pies oszalał z radości. A kiedy pierwsze emocje opadły, można było płynnie przejść do części nieoficjalnej, czyli rozpakowywania ojcowskiej walizki i wydawania suwenirów. A tych było bez liku! Książki („…i czasopisma”), produkty monopolowe, konfekcja męska, artykuły papiernicze i wiele innych oraz słodycze, dużo słodyczy, a wśród nich WIELKA TORBA PUDRUSKÓW! Coś dla ducha i coś dla ciała - przydadzą się w czasie choroby :)

*  *  *

Dochodzący narzeczony naszej Oliwki - Reghan - Irlandczyk z krwi, kości i tuszy, wziął sobie za punkt honoru poznanie języka swojej wybranki. Słucha uważnie słówek, powtarza za dziewczynami, a od czasu do czasu wyrywa mu się spontanicznie jakieś polskie słowo, mniej lub bardziej poprawnie użyte i wyartykułowane. Walczy chłopak dzielnie z materią językową, oglądając z naszymi dziewczynkami bajki z wersji polskojęzycznej. I widać efekty!
Ostatnio Reghan siedział z Zuzką przed komputerem, a Julka bardzo starała się im przeszkodzić w spokojnej pracy, siadając obok i gadając jak najęta. Zuzka, nawykła do takich klimatów, nie zwracała na jej brzęczenie uwagi, natomiast Reghan, prywatnie jedynak, nie mógł ścierpieć że jakiś brzdąc mu uporczywie przeszkadza. Mając świadomość, że mówiąc po angielsku może nie zostać przez Julkę właściwie zrozumiałym, sięgnął w głąb umysłu i zwrócił się do niej może niezbyt uprzejmie, ale za to w najczystszej polszczyźnie:
- Cicho!! Cicho bądź!!!
Efekt był natychmiastowy - Julka ucichła zadziwiona. Nie na długo, niestety, ale oto padła pierwsza kropla drążąca skałę!
Ach, ci okrutni narzeczeni starszych sióstr… Jeszcze kiedyś będą chcieli zaskarbić sobie łaski młodszego rodzeństwa wybranki!

11:47, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 stycznia 2012
Uwaga, głosowanie!

Blog Blogerow 2011

12:24, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3