To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Prawie dorosle sprawki

Po sobotniej imprezie u Oliwkowej koleżanki pozostała mi lekko opadła szczeka – na szczęście jedynie ze zdziwienia. Imprezę organizowała wprawdzie 7-latka, ale starszaki, czyli Zuzę i jej dwie koleżanki z klasy również zaproszono. I właśnie owe koleżanki przyprawiły mnie o niemałe zdziwienie, pojawiając się na imprezie w pełnych makijażach (plus zestaw kosmetyków w torebkach, na wszelki wypadek). Kurczę, pomyślałam, albo ja jestem jakaś zacofana albo świat zwariował. Moja również 9-letnia córka wcale nie myśli o malowaniu (mimo posiadania kosmetyków), a ja jej nie namawiam, bo i po co, przecież jeszcze ma na to czas. Widać dzieciństwo  niejedno ma imię. Czy napisałam już, że te dziewczynki to Polki? – to taka dygresyjka, nie pozbawiona złośliwości…

*  *  *

Piątek to jedyny dzień tygodnia kiedy Oliwka kończy szkole wcześniej, a Zuza może poczuć się odpowiedzialna za samą siebie i samodzielnie wrócić ze szkoły. Korzystając z nienajgorszej piątkowej pogody postanowiłyśmy pójść z Oliwką na spacer po okolicy. Przy okazji zaszłyśmy do Kościoła, gdzie  - oprócz wielu innych interesujących rzeczy – znajdował się również stojak z ulotkami, za jedyne 50p każda. Kolorowe słowo pisane natychmiast zwróciło uwagę Oli.
- Mamo, kup mi jakąś ulotkę – poprosiła.
- Ale tu nie ma ulotek dla ciebie. Popatrz ta jest dla kobiet w ciąży, ta mówi o antykoncepcji.
- Ja chcę tą – stanowczo powiedziała Oliwka, wskazując na kolorową broszurkę z tytułem „Pobrać się czy żyć w wolnym związku?”.
Taaak, ta była bardziej odpowiednia.

*  *  *

Wczorajsza rozmowa przy stole.
Julka: Mamo, mam pytanie. Cy mogę iść do cynek?
Ja: Tak, możesz iść do dziewczynek.
Julka – pomimo pozwolenia – nadal siedziała przy stole.
Mati: Zobacz, pozwoliłaś jej, a ona nie idzie.
Ja: Tak, to marzenie każdego rodzica - zgadzać się wiedząc, że dziecko i tak nie skorzysta z pozwolenia.
Mat: To umówmy się, że ja zapytam cię czy mogę NIE iść na komputer, ty się zgodzisz, a ja wtedy pójdę, co?
Nieźle to sobie wykombinował, nie ma co…

*  *  *

Dywagacje w czasie wędrówki do szkoły.
Zuzka: Ile tu psów! Skąd one się wszystkie biorą?
Oliwka: Ja wiem! One się ROZMRAŻAJĄ!

11:36, oszin13
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 stycznia 2011
Papierowe cudeńka

Nie wiem jak innym ludziom, ale mnie zawsze marzyła się praca w sklepie z galanterią papierniczą. Te wszystkie pisaczki, brokaty, naklejki, ozdobne papeterie od niepamiętnych lat przyprawiają mnie o dreszczyk emocji. Obawiam się jednak, że jest to namiętność z gruntu zgubna – pracując wśród  tych wszystkich cudeniek nie oparłabym się pokusie ich zakupu. I byłoby po pensji… Czuwająca nad moim portfelem Opatrzność pozwoliła mi jednakowoż zakosztować smaku zakazanego owocu. Na ostatnich zajęciach Woman’s World – multinarodowościowej babskiej grupy, spotykającej się co tydzień w celach oświatowo-towarzyskich – miałyśmy okazję zaprojektować i wykonać nasze własne okolicznościowe kartki. Bogactwo ozdóbek, przytargane bohatersko przez kobietkę prowadzącą zajęcia, zapierało dech w piersiach. Zanurzenie się w tej gęstwinie wzorów skutkowało w moim przypadku wykonaniem dwóch uroczych kartek urodzinowych z trójwymiarowymi wróżkami w roli głównej. Moje dziewczyny padły z zachwytu, a jedna z kartek zostanie spożytkowana w najbliższą sobotę jako prezent urodzinowy dla Oliwkowej koleżanki.
A propos koleżanka i prezent – uzupełnieniem kartki miała być równie urocza bransoletka z Hanną Montaną, ale Oliwka (która chciała się „tylko przez chwilę pobawić”) była uprzejma ją zagubić gdzieś w swoim pokoju. Przetrząśnięcie zakamarków pokoju, włącznie z podnoszeniem materaców, nic nie dało. Po prostu kamień w wodę. Podsycając ostatnią iskierkę nadziei wgramoliłam się nawet na piętrowe łóżko – królestwo Zuzki – żeby dokładnie przejrzeć zgromadzone tam zuzkowe skarby. Bransoletki nie znalazłam, za to usłyszałam komentarz z dołu:
- O, mamo, nie sądziłam, że się zmieścisz na moje łóżko!
- Bez przesady, nie jestem przecież aż taka duża – odparłam, jednak nieco urażona.
- A nie, mnie nie chodziło o wzrost, raczej o wagę! – uprzejmie sprecyzowała Zuza, czym mnie oczywiście dobiła.
Do urodzinowej kartki dokupiłyśmy łańcuszek High School Musical, zagubiona bransoletka stanowi zaś ukryty gdzieś w czeluściach pokoju kapitał…

Mieliśmy w ostatnich dniach kilka PIERWSZYCH RAZÓW. Zuza na ten przykład, wysyłała wczoraj swoje pierwsze maile. Wychowawczyni założyła każdemu z uczniów adres mailowy na jakiejś edukacyjnej platformie i Zuza właśnie zaczęła z niego korzystać. Z namaszczeniem zalogowała się do internetowego Outlooka, odebrała pocztę od koleżanki („Hi Zuzanna”), odpisała („Hi Wiktoria”), po czym wysłała miłosne wyznania na mój adres, z naciskiem, że muszę natychmiast odebrać! Zdaje się, że muszę jej odpisać, coby była pewna, że skrzynka działa.

Oliwka natomiast straciła dziś swój pierwszy ząb! Był to od dawna wyczekiwany przez nią moment, bo koleżanki z klasy już dawno są szczerbate, a Oliwka wciąż dysponuje garniturem mleczaków (jeśli nie liczyć dwóch zębów usuniętych w szpitalu). Pierwszy ząb postanowił opuścić stanowisko w dość dramatycznych i krwawych okolicznościach, podczas obgryzania chrupiącej bagietki w drodze ze szkoły. Dziecko było przerażone, ale jednak szczęśliwe. Ząb został uroczyście złożony pod poduszką, a dziura po nim pokazana najbliższemu gronu zaufanych przyjaciół (począwszy od Reghana, który jest przyjacielem najbliższym z najbliższych). I znów przewija nam się motyw wróżki – tym razem Zębuszki!

A teraz, Julkowe mądrości w wyborze.
1. „Mam kuncke, kone, stopki i jestem panisiakiem” – co znaczy dokładnie „mam spódniczkę, koronę, rajstopki i jestem księżniczką”;
2. „Tata pije i ja pije” – nie jest to ujawnienie alkoholicznych skłonności rodzinnych, a jedynie stwierdzenie faktu, że „tata śpi i Julka śpi”;
3. Jeszcze do niedawna na widok psa Julka mówiła: „O, pies - ma uszy i ogon”, teraz mówi „O, pies – i ma ogon”. Znaczy uszy pies ma zawsze, a ogon… nie do końca. Coś w tym jest…

00:04, oszin13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 stycznia 2011
Miłość w erze elektronicznej

Jak to się zmienia rola matki przez wieki – można by rozprawę naukową napisać. Kiedyś matki musiały tylko dbać o ciepłe odzienie, codzienną strawę i zacerowane skarpetki. Dzisiaj - powinny znać się na komputerach, pendrivach, kartach pamięci i innych elektronicznych gadżetach, żeby móc rozwiązywać dziecięce problemy i zasłużyć na uznanie w ich oczach. Oczywiście sprawy dziurawych skarpetek i pustych brzuchów wcale nie straciły na aktualności. Stara się więc człowiek jak może, rozwija żeby nadążać za technologią i co zyskuje – bezcenną wiedzę, oddalone widmo Alzheimera i przede wszystkim jeszcze większą miłość dzieci. A wielka miłość potrafi zabić, jeśli wierzyć tanim romansidłom. I ja nawet tego doświadczyłam, na szczęście krótkotrwale i raczej teoretycznie. Oto historia:

Mateusz, jako uczeń renomowanego katolickiego gimnazjum, uczestniczy od czasu do czasu w mszach i obrzędach religijnych odbywających się w pobliskiej katedrze i odprawianych przez ich „znajomego” kardynała. Jedną z takich uroczystości była msza z okazji Wszystkich Świętych, pod koniec której przekazano uczniom komunikat. Mati (siedzący z tyłu i zdaje się średnio zainteresowany) usłyszał, że należy napisać na kartce dane osoby, która się kocha, włożyć kartkę do koperty i zostawić w kościele, a ksiądz obiecuje, że będzie się za wskazaną  osobę modlić. Mati bez większego namysłu napisał „Moja mama”, położył kopertę i wrócił do szkoły, gdzie chwyciwszy bardziej rozgarniętego kolegę dopytał się o powód zostawiania kartek. I okazało się, że owszem, trzeba było podać nazwisko osoby, która się kocha, ale aktualnie znajdującej się  na Łonie Abrahama! Matt przemyślał sprawę i następnego dnia zakradł się do katedry. Spośród stosu kopert wygrzebał własną i w ten sposób przywrócił mnie do życia, zanim dyrekcja szkoły zaczęła składać mu kondolencje z powodu śmierci matki.

12:48, oszin13
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Takie tam facecje…

- Mamo! – wołają zgodnym chórem dziewczyny – pomóż nam! Coś dziwnego dzieje się z komputerem!
- Co takiego się dzieje? – pytam średnio zainteresowana sprawą.
- Próbujemy się zalogować na Club Penquin i nie możemy! Hasło nie wchodzi i pokazuje się jakiś komunikat!
Muszę dodać, że problemy z wpisaniem hasła są ciągłymi problemami dziewczyn – wybierają jakieś dziwne słowotwory i zapominają pisowni, albo wciskają capslocka, albo co innego. A komunikat to zwykle „Incorrect password. Try again”, co dziewczyny przyjmują ze świętym oburzeniem, bo przecież one NIE MOGŁY POMYLIĆ HASLA!
- Sprawdźcie czy capslock nie jest włączony i spróbujcie jeszcze raz – rzucam z kuchni i uważam sprawę za załatwioną. Nie do końca jednak, bo po chwili słyszę, jak Oliwka sylabizuje „Kiss – my – ass”.
- Oho – myślę - sprawa jest jednak poważna. Widocznie weszły przypadkiem na jakąś zakazaną stronę i faktycznie pokazał się im „interesujący” komunikat.
Wpadam więc przed komputer i co widzę – Oliwka najspokojniej w świecie wpisuje hasło do Club Pinquin. A hasło brzmi „Kiss my ass” właśnie!
- A co to za hasło? – pytam oburzona – Skąd je wzięłyście?
- A, jeden z użytkowników Club Pinquin napisał, że ma takie to i my sobie takie wybrałyśmy! – odpowiada spokojnie Zuzka.
- A wiecie co to znaczy? – musiałam zapytać.
- Nie, ale spodobało nam się – odparły niewinne latorośle, kompletnie nieświadome żartu internetowego „kolegi”.
Nie muszę chyba dodawać, że po wyjaśnieniu nieporozumienia małe kobietki – święcie oburzone – natychmiast zmieniły hasło na jakąś „hannemontane” czy „bratz123”. A rodzice dostali nauczkę, żeby jednak częściej kontrolować internetowe ścieżki, jakimi chadzają małoletnie umysły.

*   *   *

- Mamo, co to jest knebel? – pyta Zuza.
- Wiesz, jeśli porywacz nie chce, żeby porwany krzyczał to wkłada mu do ust knebel czyli taki kawałek materiału.
- Albo jabłko – dodaje z poważną miną Oliwka.

*   *   *

Julka pilnie przysłuchiwała się naszej rozmowie o idei polskich szkół za granicą.
- Julka, chciałabyś chodzić do polskiej szkoły? – zwrócił się do niej ojciec.
- Tak – poważnie odpowiedziała Julka.
- A do irlandzkiej też byś chciała? – spytałam z kolei ja.
- Tak – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem Julka.
Podejrzewając, że ma jedną odpowiedż na wszystkie pytania, podstępnie rzuciłam kolejną propozycję:
- A do żydowskiej też?
- Nie – mruknęła Julka.
Czyli jednak jej odpowiedzi były przemyślane…

13:45, oszin13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 stycznia 2011
Impreza i po imprezie

Uff, udało mi się przeżyć wczorajszą imprezę – i dom ciągle stoi! Na szczęście (sic!) nie wszyscy goście dopisali, ale i tak sześć wrzeszczących dziewczątek wystarczyło. Przez ponad dwie godziny udało im się „nieco” nabałaganić (popcornowa bitwa w rytmie Jonas Brothers musiała zostawić ślady!) Okazało się także, że do wypicia 6 szklaneczek soku da się użyć 150 słomek! Tort średnio je zainteresował, za to o pojemniki z bitą śmietaną regularnie się pobiły! Podczas zabawy w chowanego dały upust fantazji – właziły dosłownie wszędzie: do koszów z brudną i świeżo wypraną bielizną, łóżek i szaf, wciskały się pod Julkowe łóżeczko, kryły za wieszakami, w kabinach prysznicowych, pod zlewozmywakiem, a jedna utknęła na dłużej usiłując wcisnąć się do pralki! Zaczęłam już panikować, kiedy powolutku wyciągnęłyśmy ze środka jej długie 9-letnie nogi. Najbardziej rozbawiła mnie Sarah, która w szale poszukiwań zajrzała nawet do kosza na śmieci! Masakra! Ale summa summarum warto było – rozanielony wyraz twarzy mojej jubilatki i zapewnienia, że „była to najlepsza impreza na świecie” zatarły złe wspomnienia i zrekompensowały straty. Jak co roku…

Julka, wystrojona w odświętną suknię balową, usiłowała oczywiście również zauczestniczyć w imprezie. Starałam się jednak trzymać ją z dala od Zuzkowej sypialni, głównie z obawy o jej zdrowie i życie. Aby ją czymś zająć, włączyłam jej ulubiony film na dvd („Barbie i podwodna tajemnica”), skombinowałam kilka imprezowych balonów, wyciągnęłam z ukrycia permanentne mazaki i zaczęłyśmy obmalowywać balony. Musiałam przy tym bardzo uważać, żeby małoletnia artystka nie zmieniła przy okazji wyglądu kanap, ale jakoś udało mi ją uziemić, przynajmniej na kilka minut (dopóki impreza się nie rozlazła na cały dom). Jak się dzisiaj okazało, jednak nie byłam w stanie upilnować jej w 100%, albowiem światło dzienne ujawniło urokliwy zloto-srebrny rzucik namalowany na kamiennej obudowie kominka! Mam nadzieję, że długotrwałe szorowanie pozwoli komikowi odzyskać dawny blask.

Moi panowie są, jako się rzekło, w delegacjach. Starszy doleciał szczęśliwie do Polski na matczyne łono i aktualnie, o ile się orientuję, bawi na gościnnych występach u swoich teściów, a moich rodziców. Młodszy przysłał wczoraj smsa z wycieczki – z opisem wiejskiego obiadu! Cóż, jedni podziwiają przebogatą faunę i florę tamtejszej okolicy, drudzy skupiają się nad zawartością swojego talerza. Mam nadzieję, że chociaż po powrocie będzie miał więcej do opowiedzenia niż tylko szczegóły menu.

Mamy przed sobą mglisty dzień, zupełnie jak na Baker Street w Londynie. Może uda mi się namówić dziewczyny na spacer, chociaż szczerze przyznaję, że samej nie chce mi się ruszać z domu. Może pogram w scrabble i poleniwię się nieco. Należy mi się chyba!

13:17, oszin13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2