To znowu my - rodzina O. Tym razem w wersji eksportowej. Czas leci, dzieci rosną, a my staramy się zatrzymać chwilę i zanotować ich dziecięce mądrości i troski. Ku ich - ale szczególnie naszej - uciesze. Mamy nadzieję, że świat uśmiechnie się także...
Blog > Komentarze do wpisu
Życiowe decyzje

W związku z podjęciem ostatnio kilku życiowych decyzji, jesteśmy jeszcze bardziej zaganiani i jeszcze bardziej zarobieni niż zwykle. Przez chwilę myśleliśmy, że BARDZIEJ się nie da, ale myliliśmy się! Da się, więc ciągniemy ten kierat, powtarzając sobie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
O skutkach naszych decyzji napiszemy kiedy przyjdzie na to czas – jak bum cyk-cyk! ;)

Póki co, przeżyliśmy kolejne Oliwkowe urodziny. Nie świętowaliśmy wprawdzie trzy dni, jak to w ubiegłym roku bywało, ale za to oryginalnie, wyduszając z pokładów rodzicielskiej inwencji ostatnie poty.
Po pierwsze – znając Oliwkową niechęć do konsumpcji tortów, postawiliśmy na niepowtarzalność. Zakupszy większą ilość babeczek, ułożyliśmy je na kształt sowy. Obfita warstwa masy domowej roboty zatuszowała łączenia, czekoladowe monety załatwiły resztę. Jeszcze ostatnie detale z pianek – i wyszła nam sowa jak malowana. Oliwka z miejsca wpadła w zachwyt, a ja, główna sprawczyni całego sowiego zamieszania, w samo-zachwyt!
I tylko robot kuchenny dokonał żywota przy produkcji kremu. Ale przecież ‘nie szkoda róż, gdy płoną lasy’, jak mówi przysłowie :)
13123119_1081341161909430_5809382444218230290_o
Po drugie – zorganizowaliśmy dla naszej Oli niespodziankową wycieczkę. Chcąc uniknąć przecieków informacji, w szczegóły wtajemniczyliśmy jedynie starszą część rodzeństwa, które z radości zacierało ręce, wzmagając zainteresowanie u jubilatki i postępującą frustrację u Julki. Nie mogliśmy doczekać się sobotniego poranka! Kiedy wreszcie nadszedł, wstaliśmy nieprzyzwoicie wcześnie, zapakowaliśmy do plecaków przygotowane wcześniej prowianty, wpakowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy w kierunku Belfastu. Nasz prom (!) odpływał o 7.30…
Zostawiwszy samochód na parkingu, wskoczyliśmy na pokład jednostki Stenaline, by po dwóch godzinach przybić do zamglonych brzegów szkockiego Cairnryan. Oliwce otworzyły się szeroko oczy ze zdumienia, a nie był to wcale cel naszej podróży! Zaraz po zejściu na ląd wsiedliśmy do portowego autobusu i przez następne dwie godziny podziwialiśmy z jego okien przebogatą faunę i florę szkockiej ziemi („Drogie dzieci, tak właśnie wygląda las…”). W samo południe wylądowaliśmy gdzie wylądować mieliśmy, czyli w centrum Glasgow! Korzystając z bezdeszczowej pogody, zafundowaliśmy sobie autokarową wycieczkę po mieście, odkrywając jego uroki i robiąc sobie apetyt na następne wizyty. Po wyskoczeniu z pokładu double-decku na George Square, skoczyliśmy na lanczyk. Ekspresowy, bo już o 15-tej czekała na naszą jubilatkę następna atrakcja – The Riddle Room, czyli zabawa w rozwiązywanie zagadek i szukanie wskazówek. Dream Team, składający się z Matiego, Zuzki i samej Oli, został zamknięty (za zgodą i przyzwoleniem rodziców) na 60 mniut w pokoju pełnym tajemnic, z zadaniem znalezienia odpowiedzi na zadane na początku pytanie i tym samym otworzenia drzwi wyjściowych. Wierzyliśmy w inteligencję naszych dzieci – i nie zawiedliśmy się! Dotarli do odpowiedzi sporo przed końcem czasu! Westchnieniom zachwytu i gratulacjom od organizatorów nie było końca. Chciano im nawet, w ramach gratyfikacji, zafundować dodatkową godzinną sesję. Niestety, nie mogliśmy skorzystać z nieoczekiwanej ‘happy hour’, bo nasza jednodniowa przygoda dobiegała końca, a w porcie czekał prom do domu. Grzecznie się pożegnaliśmy i wyruszyliśmy w podróż powrotną.
Za to już na promie, Oliwka postanowiła spróbować szkockich specjałów kulinarnych. Przeanalizowawszy restauracyjne menu, wróciła do naszego stolika przynosząc talerz pełen grubych naleśników, oblanych syropem klonowym i gęsto obłożonych… smażonym bekonem! Spróbowawszy całości, Ola skupiła się jednak na naleśnikach, spychając bekon na brzeg talerza. I kto zajął się odepchniętym bekonikiem? – oczywiście, szanowna mamusia! ;)
Późno w nocy, nieludzko umęczeni, wróciliśmy do domu, gdzie przywitał nas stęskniony psi osobnik. Bo w każdej wyprawie najlepsze są powroty.

Po trzecie – prezent. Zgodnie z sugestią samej Oliwki, przekopaliśmy zasoby internetu i sprowadziliśmy do domu… blobfisha, w różowej, pluszowej wersji. Mordeczka śpi teraz na łóżku Oli, spychając ulubionego dotąd Pikachu na podłogę :)

PS. Zdaniem Oliwki, tegoroczne urodzinowe atrakcje były NAJLEPSZE W JEJ ŻYCIU!
I to nam wystarczy za podziękę.

*  *  *

Mam jeszcze pod powiekami obrazek 11-letniego Matiego, w zbyt dużym mundurku, zaczynającego ósmą klasę w ‘dorosłej’, ponadpodstawowej szkole. Tymczasem szast-prast, nie wiedzieć kiedy i jak, Mati kończy właśnie klasę czternastą i żegna się ze szkołą. Szok and panik! Właśnie w ramach ‘ostatków’, zaproszono nas ostatnio do szkoły Matiego na ostatnią uroczystą mszę, a po niej wieczór wspomnień i talentów 14 klasy. Salwom śmiechu nie było końcu, szczególnie kiedy wyświetlono stare zdjęcia dorosłych dziś i wymuskanych delikwentów. Były okrzyki zachwytu podczas występów artystycznych co bardziej utalentowanych młodych ludzi. Były i łzy wzruszenia, szczególnie w oczach mam, gdy pokazano zdjęcia pustych szkolnych korytarzy, a w tle zabrzmiało ‘Time to say goodbye’. Ech…

A po uroczystości, cały rocznik jak jeden mąż udał się do… pobliskiego baru na ‘after party’. My zaś, jak na grzecznych rodziców przystało, wsunęliśmy synowi banknot do kieszeni, udzieliliśmy błogosławieństwa i… wróciliśmy do domu. Podobno impreza udała się przednio, choć (a może ponieważ) niektórym dymiło się z czupryn. Nasz osobisty synalek zapukał był do drzwi po północy, w stanie zupełnie przyzwoitym.
Znaczy pił odpowiedzialnie – albo miał za mało kasy na alkoholowe ekscesy :)

*  *  *

Odrabiając pracę domową przed ekranem komputera, Zuzka nagle się wzburzyła.

- Mamo! Wiesz ilu pracowników zatrudnia Waterfront w Belfaście w ciągu roku?! Potrzebuję tej informacji do pracy, a nigdzie jej nie ma w Internecie!
- Nie mam bladego pojęcia! – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo w Watefront Hall byłam raz, na wieczorze z Danem i Philem. I nie w głowie mi było wtedy liczyć personel!
- A zaglądałaś na DRUGĄ stroną Google? – starała się pomóc Oliwka, ale tylko pogorszyła sytuację.
- OCZYWIŚCIE! – piekliła się Zuzka. – Nigdzie tego nie ma! Chyba do nich zadzwonię!
I nie namyślając się długo, chwyciła telefon, wykręciła numer, napadła jakąś bogu ducha winna osobę po drugiej stronie kabla, zadała kilka pytań. I wiecie co? – uzyskała odpowiedź!
- Brawo, Zuziu, za inwencję i pomysłowość! – nie omieszkałam pochwalić dolotnej córki przy najbliższej okazji.
- Dzięki, mamo! – odparła skromnie Zuzka – A wiesz co jest najciekawsze? Kiedy jeszcze raz wczytałam się w treść polecenia, okazało się że wcale tej informacji do pracy domowej nie potrzebowałam!

14-letnia informacja naukowa, zawsze zwarta i gotowa. Czy trzeba czy nie!

*  *  *

Ostatnie wybory do Stormont, czyli północnoirlandzkiego partamentu, były pierwszymi w życiu Matiego. Nie mogliśmy więc ich sobie odpuścić. Na moją prośbę, Matt przeanalizował w skrytości pokoju programy poszczególnych partii politycznych i dokonał osobistych wyborów.
Po wrzuceniu kart do urny i wyjściu z lokalu wyborczego, zagadnęłam syna o polityczne preferencje.
- I na kogóż głosowałeś, jeśli to nie tajemnica? – zagadnęłam.
- Obejrzałem propozycje partii, porównałem i odkryłem u siebie lewicowe poglądy. Głosowałem więc na lewicę. – wyznał Matt – Aha. I oddałem też głos na partię wzywającą do legalizacji konopii indyjskich.
- Naprawdę?! – zdumiałam się nieco. – Nie znałam cię z tej strony, synu!
- Mamo! Przecież słyszałaś o wykorzystaniu marihuany do celów medycznych. Im na pewno o to chodzi!

Hmmm. Z pewnością! Ideały, piękna rzecz!

*  *  *

Odbieraliśmy niedawno nowe okulary Oliwki. Pani w zakładzie optycznym była bardzo miła, żartowała sobie z nami, przymierzając i dopasowując oprawki. Pośmialismy się wraz z nią, zgarnęliśmy nowe okulary, pomachaliśmy na pożegnanie i wymaszerowaliśmy ze sklepu w doskonałych humorach, udając się na dalsze zakupy.
Po powrocie do domu, zauważyłam w telefonie nieodebrane połączenie z zakładu optycznego. Oddzwoniłam natychmiast, pytając co się stało.
- Cóż... – wyjaśniła ‘nasza’ uprzejma pani. – Po prostu po państwa wyjściu zorientowałam się, że… zapomnieliście państwo zapłacić!

Haha! Wtedy przypomniałam sobie, że okulary Oliwki w ramach NFZ kosztowały 10 funtów, z czego 5 płaciło się z góry, a pięć kolejnych przy odbiorze. A my odebraliśmy je gratis!
Oczywiście, zaraz następnego dnia uiściłam należność – w równie przyjaznej atmosferze :)

*  *  *

Kto oglądał tegoroczną Eurowizję ten wie, że w głosowaniu telewidzów Michał Szpak zajął w Wielkiej Brytanii zaszczytne drugie miejsce. Mamy pewne podejrzenia, że nasza Oliwka odegrała znacząca rolę z osiągnięciu tego oszałamiającego wyniku.
- Mamo, doładuj mi jutro telefon, bo wydałam 7 funtów wysyłając smsy na Michała Szpaka i nie mam już prawie nic na koncie! – zwróciła się z żądaniem Oliwka, tuż po zamknięciu linii telefonicznych.
- Ileż mnie ten Szpak kosztuje… - westchnął ojciec z sąsiedniej kanapy, średnio zainteresowany Eurowizją, za to żywotnie zainteresowany zawartością rodzinnego portfela.

Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, a z pewnością szpak w portfelu… ;)

piątek, 20 maja 2016, oszin13

Polecane wpisy

  • Obłupiamy z kasy!

    Atencion, atencion! Oficjalnie rozpoczynamy obłupianie z kasy - w szczytnym celu! Ostrzegaliśmy, że wskakujemy na parkiet, żeby zbierać pieniądze na SANDS? Ostr

  • Chroniczny stan zaganiania

    Kurcze blade, tak WIELE jest do opisania i tak MAŁO czasu, że aż żal. A do tego TAAAAKA długa lista rzeczy, które należałoby załatwić przed – lub wręcz za

  • Goniąc kormorany…

    Koniec sierpnia to już ‘smutny lata zmierzch’, jak mówił poeta. Za pasem szkoła, praca, nowe wyzwania i stare obowiązki. Cała ta nie-fejsbukowa szar